W Warszawie poświęcono kamień węgielny pod budowę Muzeum Ratowania Dzieci Żydowskich im. m. Matyldy Getter. Na uroczystość przyjechała z Izraela Lea Balint - jedna z 750 ocalonych.
Trzyletnia Lea Balint nie rozumiała, dlaczego musi się ukrywać i czemu w sierpniu 1944 r. nagle nad Warszawą poczerwieniało niebo. Siostry franciszkanki Rodziny Maryi w Brwinowie - do których nie pamięta, jak trafiła - były taktowne i dbały o to, żeby dzieciom nie przysparzać cierpień.
- Siostry uratowały mi życie trzy razy. Jedna z nich, s. Helena, która była wysoka, piękna i chodziła jak anioł, powiedziała mi, że Niemcy nie lubią osób z ciemnymi włosami i oczami. I to mi wystarczyło - wspomina 80-letnia dziś pani Lea.
Urodziła się w Ostrowcu Świętokrzyskim. Jej matka zginęła, ojciec w wojennej zawierusze zaginął. Nie wie, jak znalazła się u sióstr w Brwinowie. Ukrywała się tam przez dwa lata pod nazwiskiem Alicja Herla.
- Warunki były trudne. Siostry szyły nam ubrania ze spadochronów, buty mieliśmy za duże, a z powodu braku skarpet nogi owijano nam gazetami - opowiada o czasie spędzonym w klasztornym sierocińcu. - Pamiętam, jak któregoś dnia bawiłam się na werandzie i zobaczyłam wchodzących do budynku Niemców. Siostry w popłochu wsadziły mnie do dużego kosza, przykryły słomą i jajkami. Kazały być cicho. Słyszałam kroki podkutych butów, słoma kręciła mnie w nosie, chciało mi się kichać. Z jednej strony czułam strach, ale z drugiej miałam wrażenie, jakbyśmy bawili się w chowanego. Słyszałam, jak łamaną polszczyzną Niemcy mówią o żywności, chcieli zabrać kosze z jajkami. Zakonnice ubłagały, żeby zabrali tylko drugi, stojący obok mojego. Wahali się, ale w końcu odeszli tylko z jednym koszem i kurami. Wtedy s. Helena wyjęła mnie z kryjówki, wyściskała, wycałowała, wyjmowała mi słomę z włosów i płakała - wspomina pani Lea.
Joanna Jureczko-Wilk /Foto Gość
W czasie wojny fałszywe dokumenty niejednokrotnie ratowały Żydom życie
Po raz trzeci franciszkanki uratowały ją, gdy od skaleczonej brodawki na dłoni wdało się zakażenie całej ręki. - Jedna z sióstr na rękach niosła mnie przez zaorane pole, tak żeby nikt nie widział, na zastrzyk do szpitala - opowiada.
Po wojnie pani Lea wyjechała do Izraela z ojcem, ocalonym z Oświęcimia. Po raz pierwszy powróciła do Polski w latach 80., żeby zobaczyć "swój klasztor i swoje siostry". W 1985 r. Yad Vashem pośmiertnie uhonorował m. Matyldę Getter, bohaterską, pierwszą przełożoną warszawskiej prowincji Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Pamięć o niej i jej heroizmie przekazywana jest kolejnym pokoleniom franciszkanek, ale poza klasztornymi murami nie była szerzej znana.
Teraz na klasztornym dziedzińcu domu prowincjalnego przy ul. Hożej 53 stanie czterokondygnacyjny budynek, w którym znajdzie się muzeum upamiętniające m. Matyldę i inne siostry niosące pomoc w czasach wojny. Będzie on połączony z piwnicami sąsiedniego budynku, w których niegdyś ukrywano żydowskie dzieci. Wyższe kondygnacje zostaną przeznaczone na bibliotekę i sale konferencyjne.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Po ogłoszeniu dekretów wszystkim tym osobom przysługuje tytuł Czcigodnych Sług Bożych.
Papież przestrzegł, że zaniedbanie pracy nad jednością byłoby „skandalem”.
Czy historyczne witraże, które przetrwały pożar, powinny ustąpić miejsca współczesnej sztuce?
Wiernych zobowiązano w zamian zazwyczaj do modlitwy za ojczyznę, o pokój na świecie, czy jałmużny.
Szef Komitetu Wojskowego NATO o wyzwaniach stojących przed tą organizacją.
Nowa propozycja koncentruje się na rozwiązaniu w pierwszej kolejności kryzysu wokół cieśniny Ormuz.